 |
Tags: lolz
Published : 10 months, 2 weeks ago (Tue, 27 Jan 2009 09:13:46 PST) Searched: http://sziiin.livejournal.com/815.html 0 links Related posts
[początek narzekania] rany, ja naprawdę nienawidzę nl. czy nie łatwiej byłoby dać mi permanentną zgodę na dodawanie tekstów?! nie to, żebym miała zawyżoną samoocenę, ALE nie sądzę, bym potrzebowała stałej kontroli. ech, ech. [koniec narzekania] napisałam kolejny tekst, ponieważ azaliż albowiem mój wen ostatnio dziwnie nie próżnuje. (albo brakuje mu towarzystwa i z potrzeby socjalizacji tworzy niestworzone historie...)
Alone together
Jesus, please forgive me for the sins... -that I'll commit- [D’espairsRay, „Tsuki no kioku –fallen-”]
Tak naprawdę nigdy mnie nie kochał. Był ze mną, bo dawałem mu dach nad głową, poczucie bezpieczeństwa i normalności. Ze mną było mu wygodnie. Wygodnie! Jakbym był jakąś cholerną, mięciutką kanapą, albo parą wysłużonych, ciepłych kapci! Mówisz, że to smutne?... Nie, nie współczuj mi. Przecież ja o tym wszystkim wiedziałem - a mimo tego nigdy nie zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem, nie wyrzuciłem na trawnik przed domem sportowej torby z jego rzeczami, ani nie zbiłem w ataku wściekłości jego ulubionego kubka ze Snoopym. Może myślałem, że kiedyś będzie mnie w stanie pokochać. Lub może, tak po prostu, on również był dla mnie wygodny, bo gotował jak najlepszy kucharz i nie zostawiał na środku podłogi brudnych skarpetek? Sam nie wiem. Może nie myślałem nic, egoistycznie biorąc od niego wszystko to, co chciał mi dać, nie pragnąc niczego w zamian.
Prawie się nie kłóciliśmy. Kiedy przychodziły kryzysy, jakimś cudem udawało mi się powstrzymać furię i nie wrzeszczeć. Miałem zmiłowanie nad sąsiadami, młodym małżeństwem z małym, płaczącym nieustannie dzieckiem, i litość nad pomarszczoną, irytującą babą z naprzeciwka, zaglądającą wszystkim ludziom do okien jak w swoje własne. Wychodziłem z domu wczesnymi rankami i biegałem po parku Yoyogi tak długo, aż zmęczenie nie odebrało mi oddechu, a nogi same nie odmówiły posłuszeństwa; padałem na pachnącą wiosenną rosą trawę lub mokry, bezlitośnie sypiący się za kołnierz śnieg, i wilgoć na policzkach przypisywałem warunkom pogodowym. Później opuszczałem salę w połowie wywiadu, nie dbając o to, czy ktoś mnie za to zlinczuje, i czy nasz drogi lider znajdzie dla mnie kolejne usprawiedliwienie, by potem, już za kulisami, czynić mi gorzkie wyrzuty.
Przez ciągnące się w nieskończoność dni nie potrafiłem napisać jednego słowa. Nie mogłem patrzeć, jak szarpie się ze sobą, wpatrzony nieruchomym wzrokiem w laptopa, lub jak wymyka się z domu w szarość depresyjnego, jesiennego popołudnia, skulony przed siekącym wściekle deszczem pod kapturem kurtki. Nie mogłem patrzeć, a jednak nie pozwalałem mu odejść, każdego dnia zatrzymując go przy sobie na nowo: świeżo parzoną kawą, sentymentalnymi bzdurami o wzajemnej pomocy, złudnymi obietnicami, że wszystko będzie dobrze – albo tak całkiem racjonalnie, neutralnym tonem informując, że nie stać go na własne mieszkanie, bo same opłaty za czynsz go zabiją, a to, że się wyprowadzi, niczego tak naprawdę nie zmieni. Zawsze zostawał, jak mały szczeniak skuszony ciepłem ramion. Czy raczej karmiącą ręką dobrego pana?... To zresztą nieistotne, tak długo, jak długo nie zapragnął znowu odejść.
Obaj lubiliśmy seks. Kiedy oddawał mi się, nie umiałem scałować łez z jego policzków wiedząc, że nie są dla mnie; to szczupłe, drżące ciało, te kurczowo zaciśnięte na prześcieradle dłonie z wystającymi kostkami... one nigdy nie były moje, i wiedziałem o tym od samego początku. Mogłem mieć jego ciało, ale do jego wnętrza dostępu nie miałem nigdy: mimo każdego bólu i każdej przyjemności, zawsze był gdzieś obok, gdzieś ponad tym wszystkim. Nieobecny. Pojedyncze, słone krople wydostające się pod jego powiek nie były łzami wzruszenia, nie były nawet łzami cierpienia: płakał, bo kiedy doprowadzałem go do krzyku rozkoszy, zwyczajnie mnie nienawidził – nienawidząc i swojej nienawiści. Nie umiał inaczej; uważał seks za upragnione wyzwolenie, a kiedy okazywało się, że znów się pomylił i żadne wyzwolenie nie nadeszło, całował mnie agresywnie i zapalczywie, z bezsilną zaciekłością, paznokcie wbijając w moje ramiona i plecy i raniąc je do krwi. Pilnował się; dbał o mnie, o dom, o nasz święty, nienaruszalny rozejm; dochodząc, zagryzał mocno wargi, by nie padło z nich zdradzieckie słowo, burzące budowany cegła po cegle mur wrogiego spokoju. Może gdybym był mniejszym egoistą, nie dotykałbym go tak czule i nie szeptałbym mu do ucha tych śmiesznych bzdur, w które sam nigdy nie wierzyłem – których on nigdy nie powtarzał, ze wzrokiem utkwionym w jasnym suficie, po którym przemykały cienie samochodów przejeżdżających za oknem. Może. Ale przecież istnieje szansa, ze to nie był egoizm: może tak zwyczajnie na milczenie do niego nie miałem wystarczająco dużo siły.
Rozumieliśmy się wzajemnie jak nikt. Wszyscy nazywali nas braćmi, kuzyniątkami i bliźniakami – śmialiśmy się z tego, komentując coraz to nowsze pomysły znajomych i zupełnie nieznajomych ludzi z tą samą ironią, z tym samym sarkastycznym uśmieszkiem. Nawet włosy z twarzy odgarnialiśmy w ten sam sposób, szybkim, nerwowym gestem, a herbatę lubiliśmy obaj mocną, kwaśną od cytryny i gorzką. Oglądaliśmy te same filmy, paliliśmy tę samą markę papierosów i wymienialiśmy się szafą z ubraniami. Tylko uczuć nie dzieliliśmy wspólnych, kiedy ja go na swój sposób kochałem, a on na swój sposób nie kochał mnie. To nie brzmi dobrze, nie kochać na swój sposób. Ale on to właśnie robił, całym sobą dając mi do zrozumienia, że nic z tego. Ubrania, kiedy mi je oddawał, pachniały tą samą wodą kolońską, której on nigdy nie używał, a kiedy ja rzuciłem palenie, w koszu na papierowe odpadki zaczęły się pojawiać zupełnie inne niż wcześniej paczki. Papierosy z filtrem, mentolowe; rozpoznałem natychmiast charakterystyczny zapach, który nigdy wcześniej go nie otaczał. Rozumieliśmy się bez słów, więc i ja nie roniłem ich niepotrzebnie, powstrzymując się od komentarzy. Przecież wiedziałem; przecież rozumiałem. Widziałem każdego dnia i każdego dnia ta wiedza była jak cholerny kopniak w żołądek: nie twój. On nigdy nie był twój i twój nie będzie.
Był... Jego. Nim pachniał i o Nim myślał, kiedy się ze mną pieprzył, dla Niego wychładzał się niemal na śmierć, w zimowe wieczory wybiegając na ulicę w samej bluzie, w Nim pokładał wszystkie swoje irracjonalne nadzieje na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Przez Niego upijał się regularnie, zmieniał sygnał telefonu na melodię, która akurat mu się z Nim kojarzyła i zakładał konta ze stałą subskrypcją na niezliczonej ilości serwerów. Dla Niego komponował. Dla Niego śpiewał. Każdy jeden tekst, który stworzył, był Nim zainspirowany i nasycony, w każdym jednym tekście był On: wers, cezura, linia melodyczna – nauczyłem się Go w nich wyczuwać na pamięć, bezbłędnie. I chociaż wiedziałem, że On nigdy nie spojrzałby na niego tak, jak tego pragnął – nigdy nie zakwestionowałem tego Jego w nim istnienia, jakkolwiek złudne ono nie było. Wygodnictwo? Egoizm? Tak długo, jak nie chciał ode mnie odejść, wydawało mi się to jedynym, co mógłbym zrobić: sprawić, by został, jednocześnie kalecząc wszystkie swoje uczucia i wszystkie jego uczucia, wykrzywiając i zniekształcając nas obu jeszcze bardziej.
Nie byliśmy potworami. Tkwiła w nas taka sama, nieskończona samotność, której nie można w żaden sposób zmniejszyć, której nie można zaradzić, nie da się jej w żaden sposób pozbyć. Będąc razem, tak naprawdę nigdy razem nie byliśmy. Żyliśmy obok siebie: koląca w oczy rzeczywistość wspólnego śniadania i dwóch szczoteczek do zębów w jednym kubku, dwóch par zabłoconych na górskich szlakach butów, odstawionych na matę przy drzwiach wejściowych jak stare, zużyte pokrowce. A przecież istniały między nami też te dobre chwile, nie było nam obok siebie źle. Było rzucanie się zbyt wodnistym ciastem na pierogi przez całą szerokość kuchni, był zgodnie dzielony na pół ostatni pasek miętowej gumy do żucia i ostry podbródek na ramieniu, gdy z tarasu obserwowaliśmy wschód słońca. Były wszystkie intymne półuśmiechy i usta na jego nieogolonym policzku, i kolacja przy świecach, od których omal nie spaliły się nam całe zasłony. Był nasz głośny śmiech, salwami niosący się po osiedlu, i gorące pocałunki, tak gorące, że prawie dawałem się przekonać, że w tych krótkich chwilach jego usta należały do mnie w pełni. Pozwalałem się oszukiwać tą namiastką miłości, i sam oszukiwałem też jego, wierząc, że spełniam dobry uczynek. O, nie będę prosił o wybaczenie. Od rozgrzeszania... jest przecież ktoś inny, nie tak? I nie potrzebuję pokuty; nie teraz, kiedy już więcej swojego grzechu nie popełnię.
Tak naprawdę nigdy mnie nie kochał. Choć wmawiałem sobie przez rok, dwa i trzy, że jest inaczej, musiałem wreszcie pogodzić się z tą prawdą i pozwolić mu odejść; przywitałem to z ulgą, którą troskliwie przed nim ukryłem. Zapytasz: skoro pozwoliłem mu odejść, czy go kochałem? Co miałbym odpowiedzieć? Tak, nie, nie wiem – i czy ma to jakiekolwiek znaczenie w tym momencie, kiedy minęło już tyle czasu? Pewnie nie. A nawet jeśli kiedykolwiek – mogło mieć je kiedyś, wtedy; nigdy, bo tamto „kiedyś” mogło równie dobrze nie istnieć wcale, mogło zostać tak łatwo zastąpione przez zupełnie inne, niegdysiejsze „teraz”. A jednak istniało, i to fakt niezaprzeczalny, tak samo niezaprzeczalny jak moja miłość, powykrzywiana i kulawa. Proszę, przyznałem więc: kochałem go. Jego, lub moje chore, wzniosłe męczeństwo, niepotrzebne poświęcenie każące z zaciśniętymi zębami, jak pieprzona bakteria otaczająca się przetrwalnikiem, żyć i ciągle przeżywać od nowa w nadziei, że nowy dzień przyniesie nowy początek. Nie przynosił. Nowy dzień był tylko jego kolejnym zamyślonym uśmiechem i przybitą na zawieszonej nad biurkiem, korkowej tablicy, kartką z wykaligrafowanym starannie tekstem:
You are my hope. You are also my hopelessness. If you are my vacancy. I would become your ocean. prey hate relief odd
I'm sick, b'coz luv u.*
Koniec.
* lynch., oczywiście. |