logo

Flight Night




fioletowooka

Flight Night


Published : 1 year ago (Thu, 13 Nov 2008 10:15:28 PST)
Searched:
http://fioletowooka.livejournal.com/2926.html  0 links
Related posts

1) Nie mam tu w sumie za wiele do napisania, więc chyba dam sobie spokój. Powiem tylko, że byłam w Rzymie w 'długi' weekend. Niesamowite miasto.

2) Tu znów ogromne podziękowania dla Kamyka, który, tak prawdę mówiąc, przejrzał to jeszcze razem z prologiem dawno, dawno temu, to tylko ja postanowiłam, że jeszcze sobie to właściwe opowiadanie nr 1 przeczytam kilka razy, zostawię, by się kurzyło...i tak minęły pierwsze dwa tygodnie listopada xP Mam nadzieję, że zgodzi się jeszcze potem sprawdzać mi kolejne xD

3) Flight Night - ,,Nocny Lot"
Mniej lub bardziej potrzebne przypisy do różnych nazw własnych, w większości zaspokajających moją wewnętrzną potrzebę usprawiedliwiania się z tłumaczenia, dorzucę pod samym tekstem.

Cytat 'na wejście' nie został przetłumaczony przeze mnie, znalazłam odpowiadający mu fragment polskiej Biblii Tysiąclecia. Odnotuję to, jeśli za którymś razem będzie inaczej.

 

Trinity Blood: Rage Against The Moons

(Volume 1: From The Empire)


Flight night


Therefore, he that made them will not have mercy on them.

He that formed them will show them no favor.

 

Dlatego nie zmiłuje się nad nim jego Stwórca

Ani mu Stworzyciel jego nie okaże litości.

-Izajasz, 27:11

 

I

–Proszę pani? Mógłbym prosić o mleko do herbaty? I może dwanaście…nie, trzynaście kostek cukru? – spytał

Jessica zerknęła na młodego człowieka po drugiej stronie lady. Nosił okulary o grubych szkłach i proste, spłowiałe szaty księdza. Biedny podróżny wyglądał tu bardzo nie na miejscu.

Aczkolwiek ostatnie czasy były trudne, pomieszczenie było eleganckie i pełne życia. Dobrze ubrane damy i dżentelmeni rozmawiali i śmiali się, grała żywa muzyka, kieliszki szczękały jeden o drugi, a w powietrzu unosił się dym z cygar. Salon pełen był wspaniałych, zamożnych ludzi.

Wprost idealna noc na lot.

–Umm, przepraszam? Proszę pani? – spytał znowu.

–Hę? T-tak! – odpowiedziała.

Jessica przeczesała palcami brązowe włosy sięgające do ramion, wymuszając na sobie powrót do rzeczywistości. Poprawiła fartuch. Uśmiech sprawił, że jej młodzieńcza, piegowata twarz rozjaśniła się.– Uch…prosił pan o szkocką?

–Nie, o herbatę z mlekiem. I trzynaście kostek cukru.

Zamrugała.

– Cóż, jeśli ma pan ochotę na słodycze, mamy placki i ciasta.

– Jestem pewien, że są wyśmienite, ale… – ksiądz zerknął do portfela. Zgarbił się lekko.– Mam jedynie cztery denary…więc poproszę tylko herbatę.

Nawet bogate dzieci biegające jak szalone po pomieszczeniu miały więcej pieniędzy. Tak właściwie, pensja Jessiki za ostatni tydzień wyniosła dwa tysiące denarów. Jak ten biedny ksiądz w ogóle dostał się na pokład Tristana – najbardziej luksusowego sterowca z latających na trasie Londinium – Rzym?

–Mój zawód zawsze doprowadza mnie do płaczu. – zażartował – Jeden obiad w tutejszej stołówce kosztuje sto denarów. Co za zdzierstwo! Jestem tak biedny, że jeden posiłek doszczętnie wyczyściłby moje konto w banku.

–Nie mów mi, że nic nie jadłeś? – spytała

Wzruszył ramionami – Nie przez ostatnie dwadzieścia godzin. Próbowałem się zbytnio nie wysilać śpiąc w mojej kabinie, ale tak czy siak zacząłem się czuć słabo. Pomyślałem, że może jeśli podwyższę nieco swój poziom cukru we krwi, zdołam jakoś wytrzymać do Rzymu. – odparł szczerze.

–Księża mają naprawdę trudne życie.

Ksiądz wziął sympatię Jessiki za komplement. Skinął głową, jakby się modlił.

– Czasami nasz zawód stanowi o życiu i śmierci wiernych…więc, czy mógłbym już dostać tę herbatę i cukier?

Skinęła głową.

– Jasne. Proszę bardzo.

–Mmm. Smakuje wspaniale. Jest autentyczna, prawda? Nie taka, jak to parzone-w-torebce coś, które pozostawia...

BAM!

Nim gęsta ciecz zdołała po raz drugi dotrzeć do jego ust, małe dziecko biegnące przez pomieszczenie z balonikiem zawadziło o łokieć księdza. Szklanka uderzyła go w podbródek, słodka herbata porozlewała się dookoła – na jego długie włosy, szatę, okulary, wszędzie. W międzyczasie dziecko potknęło się, upadło na podłogę i zaczęło płakać.

–Wszystko w porządku, chłopczyku? Czy coś ci się stało? – spytała Jessica.

Zupełnie zignorowała srebrnowłosego księdza, który stał, podczas gdy herbata spływała mu po twarzy. Zamiast tego podbiegła do dziecka. Na szczęście chłopiec okazał się być bardziej zaskoczony, niż obolały.

Jessica chwyciła sznurek balonika. Dała po jednym każdemu z dzieci, które wsiadły na pokład. Zwracając go teraz, delikatnie przytuliła chłopca.

–Dz-dziękuję, panienko.– wyjąkał chłopiec.

–Nie ma sprawy. Ale wracaj już do rodziców, zbliża się pora pójścia spać.

–T-tak…Wybacz mi, Ojcze.– chłopiec wyglądał na zawstydzonego.

Ksiądz uśmiechnął się, jedno oko miał widoczne spod ociekających napojem włosów. Odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się.

– Och, wszystko w porządku. To tylko kubek herbaty. Nie ma problemu. Nie przeszkadza mi to. W ogóle.

Jessica uśmiechała się, jej oczy lśniły.

– Czy on nie jest naprawdę miłym księdzem? Cóż, musisz już wracać do łóżka. Biegnij prosto do swojej mamy.

Chłopczyk skinął głową i uciekł. Jessica upewniła się, że bezpiecznie opuścił pomieszczenie, nim spojrzała na księdza.

Wpatrywał się w rozlaną herbatę. Po prostu wpatrywał się i wpatrywał, ze skruszonym wyrazem twarzy.

–Ojcze, miałbyś może ochotę na kanapkę? Nie musisz płacić – to będzie na koszt firmy.

Rozpromienił się.

– Na koszt firmy? Naprawdę? Och, Panie, dziękuję Ci. Czyżbyś była aniołem? Gdy tak o tym teraz pomyślę, widziałem chyba twój wizerunek w kościele.

Wywróciła oczyma.

– Jestem tylko stewardesą.

Po krótkim, syczącym odgłosie, ze stojącego na ladzie interkomu dobiegł mechanicznie zniekształcony głos.

–Tu mostek– Jessiko, czy mogłabyś przynieść nam posiłek?

–Tak, kapitanie Connely…Umm, Ojcze, możesz przez chwilę zaczekać? Zaraz wracam.– powiedziała.

–Będę czekał tak długo, jak długo mnie o to poprosisz, panno…?

–Lang. Nazywam się Jessica Lang.

–Lang? – powtórzył. Zastanowił się przez chwilę – Jesteś może spokrewniona z konstruktorem sterowców, doktor Catherine Lang?

–Tak. To moja matka.

Brwi księdza uniosły się.

– Rany. Umiesz pilotować ten statek?

– Nie! Jestem tylko stewardesą. Studiowałam pilotaż, ale nie mam jeszcze dyplomu, bo jestem kobietą …

–Nie ma prawa które zabraniałoby ci latać, Jessiko. Sam znam kobietę, która pilotuje sterowiec…– urwał, po czym potrząsnął głową.– Och, wybacz mi. Jestem Abel.– skłonił się nisko, przedstawiając się.– Abel Nightroad– wędrowny ksiądz, do twoich usług.



II

Tristan, długi na dwieście pięćdziesiąt jardów, wypełniony sześciuset tysiącami stóp sześciennych helu, był trzecim co do wielkości sterowcem na świecie. Przewyższały go tylko Midgaurd Gerange Królestwa Germanicus i Charamaneau Królestwa Franc, jednakże jego maksymalna prędkość stu mil na godzinę i luksusowe wyposażenie same w sobie tworzyły jego własny, nowy standard.

Statek był perłą w koronie królestwa Albionu.

–Proszę bardzo, kapitanie.– powiedziała Jessica.

–Och, dziękuję ci, moja droga. Wiesz, pilotuję tego potwora tylko ze względu na takie drobnostki.– wyznał kapitan Connely. Wciągnął w nozdrza bogaty aromat kawy, para zwilżyła jego schludnie przycięte wąsy. Wyglądem przypominał trochę albiońskiego szlachcica.

–Spokojnie tu na górze.– skomentowała.

–To dobrze…do Rzymu wciąż mamy jeszcze sześć godzin.– odparł kapitan.

Sternik i inżynier byli odprężeni i w dobrych humorach– pewne oznaki, że lot przebiegał bez niespodzianek.

–Gdzie jest oficer Roswell?– spytał kapitan.

Dickins, nawigator, rozejrzał się po niewielkim mostku, jego wzrok spoczął na pustym siedzeniu obok kapitana.

–Widziałem Roswella na dole. Nie czuł się za dobrze, więc zrobił sobie przerwę.– poinformował go.

–Nie wyglądał za dobrze już w Londinium.– zauważył kapitan.

–Chodziło o coś fizycznego, czy osobistego?– spytał Orson, sternik, unosząc brew.

–Pewnie coś zjadł.– Dickins mrugnął – Jego żona jest najmilszą z kobiet jakie znam, ale…

Niewielka załoga Tristana wyglądała na niewystarczającą dla tak dużego statku, w rzeczywistości jednak doskonale panowali nad sytuacją. Ich pewność siebie uspokajała nawet najbardziej płochliwych z pasażerów i trzeba przyznać, że była zasłużona. System zdalnego sterowania, zaprojektowany przez genialną inżynier Catherinę Lang, był najlepszą częścią statku. Tristana w całości kontrolował „komputer”, jeden z reliktów dawnej cywilizacji. W rezultacie, statek potrzebował jedynie dziesiątej części zwykłej załogi. Rewolucyjny projekt był niezrównany.

– Co to jest, panie Orson?– Jessica wskazała na panel kontrolny.– Trym jest odrobinę zbyt duży. Nie powinien pan tego poprawić?– spytała.

– Niech zobaczę. Hm. Rzeczywiście. Skąd wiedziałaś?– zastanowił się. Orson przyjrzał się panelowi z namysłem i nieznacznie przesunął jedną z dźwigni. To rozśmieszyło resztę załogi.

– Może pozwolisz Jessice usiąść za sterami?– zasugerował Dickins.

Kapitan zaśmiał się.

– Moja praca stałaby się w ten sposób o wiele łatwiejsza.

Jessica zarumieniła się z zażenowaniem. Poczuła wyrzuty sumienia za pouczanie Orsona.

– Jestem tylko stewardesą.– wyrzuciła z siebie.

– Ale złożyłaś podanie o pracę, by zostać sternikiem, prawda? Cóż za marnotrawstwo. Dlaczego nie są w stanie docenić talentu?– poskarżył się kapitan.

Kapitan Connely był dobrze znany ze swoich poglądów. Pragnął najlepszej załogi; uważał że ich zawód był zbyt niebezpieczny, by stare zwyczaje mogły stawać na drodze jak najlepszemu wykonywaniu go. Płeć czy wiek nie miały żadnego wpływu na jego analizę. Właśnie jego podejście było głównym powodem, dla którego Jessica w ogóle zdecydowała się podjąć pracę na Tristanie.

– Następnym razem przedstawię tę sprawę moim zwierzchnikom.– powiedział.

– Dziękuję. Ale nie musi pan tego robić z mojego powodu.– wymamrotała Jessica, zawstydzona.

–Rekomendowanie ludzi z prawdziwym talentem to nasz obowiązek, Jessiko.

W tym momencie wrócił oficer Roswell. Jego blada twarz i zroszona potem brew silnie kontrastowały ze spokojem i opanowaniem reszty załogi.

– Gdzie byłeś, Roswell?– spytał nawigator.– I kto to jest?

Tuż za Roswellem podążał mężczyzna. Roswell, jąkając się, zaczął go przedstawiać, ale obcy wszedł mu w słowo.

– Jestem Alfredo, Książę Meinz z Królestwa Germanicus.

Książę miał na sobie kosztowny płaszcz bez rękawów o kosztownym kroju. Skłonił się przesadnie, a uśmiech wypełzł na jego młodą twarz.

– Wybaczcie mi to wtargnięcie, ale wyjaśniłem panu Roswellowi, że sterowce są moją pasją. Po odrobinie perswazji zdołałem przekonać go, by pozwolił mi rozejrzeć się po kokpicie.– mruknął.

–Wybacz mi, książę, ale nie możemy cię tu wpuścić.– odparł uprzejmie kapitan. Ton jego głosu zmienił się z uprzejmego na pełen nagany, gdy zwrócił się do Roswella.– Co z tobą, oficerze? Wiesz, że wstęp tutaj dozwolony jest tylko upoważnionemu personelowi.– zbeształ go.

Książe rzekł bezbarwnie.

– Sir, proszę go nie winić. To była moja wina.

Jessica nie podobało się coś w obejściu księcia. Zamiast być szlachetnym i wytwornym, zdawał się ordynarny i głęboko przekonany o własnej racji. Pomyślała, jak niemiły był arystokrata i jaki przyjacielski biedny ksiądz, zaledwie kilka minut temu. Mimo że nie miał pieniędzy, ksiądz zdawał się posiadać o wiele bogatszą duszę.

Gdy teraz o tym myślała, nie pamiętała żadnych niemieckich książąt zameldowanych na pokładzie Tristana tej nocy.

–Wybacz mi, książę, ale nie możemy cię wpuścić do kokpitu. Jestem pewien, że rozumiesz.– powtórzył kapitan.

–Co za szkoda.– rzekł książę.– A już chciałem rozbić to maleństwo o coś dużego. Tak dla żartu.

Czarny humor księcia nie zrobił wrażenia na załodze, a zwłaszcza na kapitanie Connelym.

– Statek jest sterowany automatycznie. Nawet załoga nie jest w stanie zmienić trasy jego lotu...Hej! Co robisz?– spytał osłupiały.

Książę wyciągnął z rękawa mały, metaliczny dysk i wsunął go do otworu przy panelu kontrolnym. Kapitan wyciągnął rękę, by go zatrzymać, było już jednak za późno.

–Co to było? Co zrobiłeś?

Dickins wstał, by zaprotestować, gdy jego komputer niespodziewanie zamrugał i zgasł. Nim zdał sobie sprawę, co się dzieje, ekran pokryły strumienie niezrozumiałego tekstu.

–Kapitanie, komputer odmawia dostępu!– krzyknął.

–Co zrobiłeś?!– kapitan zażądał wyjaśnień.– Pasażerowie!

Kapitan Connely oniemiał, jego myśli rozbiegły się we wszystkich możliwych kierunkach w poszukiwaniu logicznego wyjaśnienia. Dopiero gdy statek gwałtownie wyrwał do przodu i wszedł w lot nurkowy, został brutalnie przywrócony do rzeczywistości.

–Ustawienia celu podróży zostały zmienione– wysokość spadła o trzysta. Rozbijemy się!– krzyknął sternik.

Książę jedynie się roześmiał. Jego usta rozciągnęły się w wąskim uśmiechu.

– I to jest to? Aż zbyt łatwe, jeśli chodzi o mnie!

Dickins chwycił księcia za kołnierz i potrząsnął nim gwałtownie, lecz i to nie zdołało zmazać protekcjonalnego uśmieszku wyrytego na twarzy szlachcica.

– Oszalałeś?! Zginiesz razem z nami!– ryknął Dickins.

– Tak myślisz, plugawy Terraninie? Śmierć nie jest mi pisana.– rzekł sucho książę. Zza jego zadufanego w sobie uśmieszku wyłoniła się para smukłych, białych kłów – Ja jestem Matuzalemem. Śmierć nie zdoła mnie złapać.

– Wampir!– wykrztusił Dickins. Zaledwie zdołał wyrzucić z siebie to słowo, nim książę rozdarł mu gardło.

Nawigator, dławiąc się własną krwią, krzyknął i upadł na podłogę. Wszyscy zamarli, przypatrując się, jak miota się w agonii. Książę nie potrzebował więcej czasu.

Krew zbryzgała kokpit. Każdy jego cal wypełniały okrzyki czystej trwogi. Jeden po drugim, załoga padała ofiarą księcia.

W końcu, pozostała tylko Jessica.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy, gdy uświadomiła sobie, że jej los będzie gorszy niż szybka śmierć.

–Kotku.– zanucił pokryty krwią książę.

Był nieludzko spokojny. To już samo w sobie było denerwujące, ale nie aż tak, jak drapieżne spojrzenie, jakim ją mierzył. Jego kły błysnęły w szerokim, lubieżnym uśmiechu.

–Mmmm…– oblizał wargi.

Świat zdawał się wirować, wymykając się Jessice spod kontroli. Czy cała załoga była martwa? Nie słyszała już ich wycia. Nie słyszała ich oddechu.

Serce jej waliło.

Zobaczyła rozpostartego na podłodze Roswella, jego ciało pozbawione głowy. Przeszukała wzrokiem pomieszczenie w jej poszukiwaniu. Coś w jej brzuchu skręciło się, gdy wreszcie ją znalazła. Spoczywała na panelu kontrolnym, jego usta rozwarte w wiecznym krzyku. Myśli Jessiki przelotnie skierowały się ku jego żonie.

Książę pochylił się nad nią.

– To ten facet z miłą żoną? To cię rzeczywiście martwi, mam rację? Co pomyśli jego rodzina? Oni już o niczym nie myślą. Zdążyłem ich wszystkich zgwałcić i pozabijać.

Jessica trzęsła się ze strachu, załamana. To było gorsze, niż myślała. Palec Alfredo wślizgnął się za brzeg jej bluzki. Łzy zakręciły jej się w oczach, gdy ten ją molestował. Miało być o wiele gorzej, niż sobie wyobrażała.

–Przestań.– powiedziała mocnym głosem, ale jej stanowcze zachowanie nikogo nie oszukiwało.

–Jesteś naprawdę ładna, wiesz o tym? Dziewczynki takie jak ty to podwójna przyjemność. Najpierw, gorący seks. Potem? Gorący posiłek.

Złapał jej piersi jedną ręką, a drugą nakrył łono, jednocześnie szeroko otwierając usta. Jessica wygięła grzbiet dokładnie tak, jak się tego spodziewał, a jego kły znalazły się dokładnie nad jej szyją.

–Nie!– szepnęła Jessica. Zaczęła krzyczeć, kiedy kły nakłuły jej skórę, ale nagle znajomy głos sprawił, że zamarła w bezruchu.

–Panno Jessico, zastanawiałem się nad tym… – łagodny głos księdza rozległ się zza otwartego włazu– Byłoby to przeciwko zasadom kościoła, przyjmować twą hojność, nie oferując ci niczego w zamian. Pomyślałem więc sobie, że mógłbym może pozmywać talerze, wyczyścić łazienkę, czy coś.– powiedział ksiądz, nareszcie przekraczając próg.

Abel spojrzał na rozgrywającą się przed nim scenę: na krew, na części ciała, Jessikę i księcia. Zwykły człowiek doznałby szoku na widok takiej rzezi, jednak Abel Nightroad w żadnym razie nie był zwykłym człowiekiem.

Był niezdarnym człowiekiem.

Wampir odsunął się na widok szaty księdza i syknął:

– Watykan! – cienki kord wychynął spod jego płaszcza.

– Wampir! – krzyknął Abel.

Poślizgnął się na zalanej krwią podłodze tuż przed tym, jak ostrze gwizdnęło, przecinając powietrze w kierunku jego głowy. Wylądował na siedzeniu.

BANG! Nagły wystrzał zaskoczył ich wszystkich.

Pistolet przytroczony do biodra Abla przypadkowo wystrzelił. Pocisk odbił się rykoszetem od podłogi i uderzył w rurę przymocowaną do ściany za Jessiką. Rura pękła się, a gorąca para oparzyła wampira.

Książę wypuścił Jessikę i osłonił głowę. Najwyraźniej, nawet wampirza twarz i oczy były wrażliwe na wrzącą parę wodną. Zjadliwy strumień gorąca zabiłby normalnego człowieka, ale księcia zdołał jedynie rozwścieczyć.

– Panno Jessico! Tutaj!– zawołał Abel.

Ksiądz chwycił Jessikę za łokieć i pociągnął ją za sobą. Obejrzała się przez ramię tylko by ujrzeć oślepionego wampira klnącego i rozwalającego konsolę.

– Już jesteś martwy, Watykański psie! Słyszysz mnie? Wypruję ci jelita i cię nimi uduszę!

III

– Jesteś ranna?– spytał miękko Abel.

Jessica zapatrzyła się w przestrzeń pustym wzrokiem.

– Wszyscy nie żyją. Oni w-wszyscy…– wyjąkała. Otoczyła się ramionami i osunęła na podłogę.

Wprawdzie zdołali już znacznie oddalić się od kokpitu, ale mimo to nie mogła przestać nerwowo rozglądać się dookoła. Potwór wciąż zdawał się być blisko niej, jego skaza wciąż na niej.

Abel niemal widział jej myśli, tak wyraźnie, jakby miała je wyryte na czole. Spróbował ją uspokoić, by mogła się skupić na zadaniu jakie mieli przed sobą.

– Nie pójdzie za nami. Nawet wampirowi zajmie nieco czasu wyleczenie się z podobnych obrażeń. Co takiego zrobił z przyrządami statku?

– Powiedział, że rozbije go w Rzymie.– wyszlochała.– I pan Dickins próbował go zatrzymać, ale…i kapitan…– jej słowa zawisły w powietrzu.

Abel chciał ją pocieszyć. Chciał ją przytulić i obiecać jej, że wszystko będzie dobrze, lecz nie mógł. Gra szła o zbyt wielką stawkę, by można było marnować czas zajmując się nią.

– Uspokój się, Jessiko.– cicho polecił.

Zwymiotowała. Abel otoczył ręką jej drżące ramiona i delikatnie odgarnął jej włosy do tyłu. Westchnął, wznosząc oczy ku sufitowi, jakby prosząc Boga o wskazanie mu właściwej drogi. Co za koszmar. Komputer został załatwiony, wampirzy terrorysta hulał na wolności, a mostek był w nieładzie. Gdyby dowiedziała się o tym reszta pasażerów, mieliby tutaj atak zbiorowej paniki.

– Ojcze, co powinniśmy zrobić?– spytała Jessica.

– Musimy go zatrzymać.

Ale jak? Jessica zastanowiła się. Książę zdążył już zaatakować najsłabszy punkt statku: komputer. Nie mieli szansy go uratować. Nikt nie wie, jak działa komputer. Sekrety zagubionej technologii przepadły dawno temu.

– Widziałem plany tego statku. Ma jeszcze dodatkowy mostek, który mieści się w hangarze samolotu zwiadowczego, prawda?. Możemy go stamtąd poprowadzić.

– To niemożliwe.– powiedziała, jednocześnie zastanawiając się, jak udało mu się położyć ręce na planach statku.– Tristan jest obecnie na autopilocie. Ręczne anulowanie go jest niezmiernie skomplikowane, no i są jeszcze warstwy ochronne, które musielibyśmy odblokować. Wszystko kontroluje komputer.

Komputer był jednym z najbardziej tajemniczych reliktów pozostałych sprzed Armagedonu. Tylko specjaliści zwani „programistami” byli w stanie odcyfrować grube tomy zakodowanych zer i jedynek. Nie miała pojęcia, co wampir zrobił z systemem, ale zorientowanie się w tym zajęłoby amatorowi lata.

Abel skinął głową – Mam pomysł. Możemy odłączyć przyrządy komputera i sami poprowadzić statek z dodatkowego mostku.

Zawahała się.

– Teoretycznie moglibyśmy…ale nie mamy sternika.

Abel uśmiechnął się.

– Ty umiesz tym latać.

Jessica gwałtownie zaczerpnęła powietrza.

– Co?– odsunęła się od niego.– Nie ma mowy! Nie-e! Nie umiem!

– Ale wcześniej powiedziałaś mi…– zaczął. Przerwała mu.

– Jestem tylko stewardesą!– krzyknęła.

Jego uśmiech zbladł.

– Więc tak po prostu pozwolisz byśmy się rozbili?

Jessica nie miała czasu na odparcie jego argumentu. Obydwoje usłyszeli kroki biegnące wzdłuż korytarza.

– O nie! – Jessica omal nie zemdlała.

– To nie on; kroki są zbyt lekkie.– powiedział Abel.

Mały chłopczyk z czerwonym balonikiem z nagła wybiegł zza rogu. Wyglądał na zagubionego i przestraszonego. Podbiegł do Jessiki, o krok od wybuchnięcia płaczem.

Natychmiast, Jessica wzięła się w garść.

– Moje kochanie. Chodź tu. Zgubiłeś się?

Chłopiec energicznie przytaknął.

– Czy nie powiedziałam ci, byś wracał do mamy?

– Mamusia jest tam, na dole.– odpowiedział chłopiec.

– Co?– strach wypełnił serce Jessiki.

Chłopiec pociągnął nosem i ciągnął dalej.

– Mamusia jest w Rzymie. Tatuś i ja lecimy ją zobaczyć.

– Zobaczysz ją niedługo.– zapewniła go Jessica.

Chłopiec uśmiechnął się, widząc jej pewność, i uspokoił się.

Jessica przygryzła wargę. Ten chłopiec nie zobaczy swojej matki. Zapewne umrze. I nie tylko on. Cała reszta pasażerów, w tym ona i sterowiec, nad którego budową jej matka pracowała tak ciężko, zostaną najprawdopodobniej zniszczeni.

– Ojcze?.– wyszeptała.

–Tak, Jessiko?

Abel uśmiechnął się porozumiewawczo na widok błysku w oczach Jessiki. Jej szok i rozpacz zmieniły się w silną determinację– była gotowa.

– Zwrócimy tego chłopca jego ojcu.– powiedziała Jessica.

– A potem?

Wzruszyła ramionami.

– Potem zrobimy to, co musimy zrobić.

–Tak, zrobimy. Takiego ducha lubię w ludziach…– Abel przerwał wpół zdania i potrząsnął głową.

Transmisja nadana o godzinie 01:40 była głośna i wyraźna, nawet jeśli sama wiadomość zdawała się wypaczona: Watykan musi wypuścić wszystkich wampirzych więźniów w ciągu następnej godziny, w przeciwnym wypadku zniszczymy Rzym. To było szaleństwo.

W zamku Sant'Angelo, w Sali Anioła Wysłannika, znanej także jako watykańskie centrum dowodzenia, wrzało– ludzie krzyczeli, papiery rozsypywały się na wszystkie strony. Była tam już każda z ważnych osobistości: Główny Kapłan ds. Bezpieczeństwa Papieskiego, Diakon ds. Transportu, nawet siostra papieża, Minister Spraw Zagranicznych. Wszystkich ich wyrwano z łóżek, jednak żadne z nich nie zdawało się być w najmniejszym stopniu zmęczone.

Z drugiej strony szczupły, młody chłopiec, siedzący u szczytu stołu, wyglądał, jakby miał zaraz zapaść w drzemkę.

– Otrzymaliśmy wstępny raport od Departamentu Inkwizycji! – krzyknął adiutant.

– Książę Meinzu, Alfredo, wampir– ścigany za sześćdziesiąt siedem morderstw i zadawanie się z siłami nieczystymi.– przeczytał Główny Ksiądz ds. Bezpieczeństwa.– Jakim cudem ten morderca dostał się na pokład Tristana? Jak zdołał prześlizgnąć się przez ochronę?– spytał, patrząc oskarżycielsko na Diakona ds. Transportu.

– Obudziłeś się już, Wasza Świętość?– spytała Minister Spraw Zagranicznych. Piękna kobieta odziana w kardynalską czerwień uśmiechnęła się, spoglądając na chłopca.

Chłopiec, z ustami szeroko otwartymi w głębokim ziewnięciu, zdołał wziąć się w garść na tyle, by spojrzeć na nią z zaskoczeniem. Aleksandro XVIII, trzysta dziewięćdziesiąty dziewiąty Papież, wyglądał raczej na dziecko przetrzymane poza porę pójścia spać, niż jak władca Watykanu, najpotężniejszy ze światowych autorytetów.

– Przepraszam, starsza siostro. Zasnąłem.– powiedział, zawstydzony.

– Nie powinieneś być teraz na nogach, Alec. Poradzimy sobie.– uspokoiła go. Księżna Mediolanu, Minister Spraw Zagranicznych, Kardynał Caterina Sforza, spojrzała ciepło na Aleca zza monokla.– Powinieneś odpoczywać.

Zamrugał gwałtownie.

– Czuję się dobrze. Co się dzieje?

– Jest źle.– jej spokojny wyraz twarzy zadawał kłam powadze sytuacji. Nie mieli pojęcia, co działo się wewnątrz sterowca, Watykan miał w tym momencie związane ręce.– Najgorszy scenariusz? Przystaniemy na ich żądania.– powiedziała Caterina

Młody papież zmarszczył brwi.

– To zapobiegłoby rozlewowi krwi.– Aleksandro myślał przez chwilę w ciszy. Skinął głową energicznie i zastukał w bok stołu.– Tak. Wypuścimy więźniów.– rzekł pusto.

Głęboki baryton wzniósł stanowczy sprzeciw.

– Nie możemy tego zrobić, Wasza Świętość.– huknął głos.

– Starszy bracie?

– Kardynale Medici.– skinęła głową Caterina, przyjmując do wiadomości obecność mężczyzny, który przemówił.

Rodzeństwo wymieniło zimne spojrzenia. Nie było między nimi miłości i wiedzieli o tym wszyscy obecni na Sali.

Sekretarz Doktryny Papieskiej Francesco di Medici był dużym, budzącym grozę mężczyzną. Jego ciało zdawało się stworzone raczej do wojny, niż papiestwa. Zdjął nakrycie głowy i sztywno skłonił się papieżowi.

– Wróciłem z mojej wizyty w Bazie Powietrznej w Asyżu.

– K-kiedy d-dotarłeś, starszy bracie? Myślałem, że będziesz w podróży aż do następnego t-tygodnia.– zająknął się chłopiec.

– Dopiero co przybyłem. Zdążyłem też usłyszeć o incydencie na Tristanie. Cóż, Caterino?– spytał kardynał Medici.

Blondwłosa piękność zesztywniała, słysząc jego karcący ton.

– Powinnaś widzieć lepiej, niż radzić ludziom, by poddali się żądaniom wampirzego terrorysty. Będziesz słabeuszem w ich oczach– marionetką, którą mogą brać jako zakładnika kiedy tylko mają na to ochotę. Powinnaś się wstydzić!– warknął.

– Bra…Wybacz mi; miałam na myśli Kardynale Medici.– odparła swemu przyrodniemu bratu.– Co możemy zrobić? Tristan pełen jest albiońskich cywilów, a w przyszłym tygodniu mija termin podpisania traktatu pokojowego z Albionem. Nie możemy sobie pozwolić na problemy w trakcie negocjacji pokojowych. Sprawy z Albionem muszą być podejmowane delikatnie.– wyjaśniła.

– Watykan nie negocjuje z terrorystami. A już zwłaszcza nie z wampirzymi terrorystami.– zakpił kardynał Medici.– Wasza Świętość, nie możesz przecież poddać się ich żądaniom. Zabroń im wejścia w przestrzeń powietrzną Watykanu.

–Czy posłuchają naszych rozkazów?– zastanowił się papież. W sali zapadła cisza, a młody, niedoświadczony papież poczuł, że spojrzenia wszystkich spoczywają na nim. Przełknął z trudem.– Gdyby byli ludźmi, którzy posłuchają naszych rozkazów, przede wszystkim nie porwaliby sterowca, prawda? Przepraszam, to do niczego.

– Najprawdopodobniej byłoby to tylko marnowanie czasu.– potwierdziła Caterina.

– Więc co zrobimy? – spytał nieśmiały papież.

– Damy im ostrzeżenie. Jeśli zakłócą naszą przestrzeń powietrzną, zestrzelimy ich. To całkiem proste.– rzekł kardynał Medici. Jego słowa spadły jak tona cegieł.

Caterina krzyknęła, protestując.

– Czyś ty postradał zmysły, Kardynale Medici?! Dopiero co powiedziałam, że Tristan jest statkiem Albionu!

Beate sumpto qi miribundum In Domino. Radością jest umierać w imię Boże.– odparł.

Księża natychmiast poparli kardynała Medici.

– Watykan wprowadza w życie Boską wolę, a my rozlejemy krew by bronić jego świętej doktryny!– krzyknął jeden.

– Bóg nie skłoni głowy przed terrorem!– zawołał kardynał.

Caterina patrzyła po każdym z mężczyzn znajdujących się w pokoju i widziała jedynie rządnych krwi głupców, desperacko pragnących rzezi w imię Boże. I dostaną ją, o ile papież tego nie zabroni.

Jej starszy, przyrodni brat był bardzo charyzmatyczny, ale często sprawował władzę watykańską zbyt gwałtownie. Czasy się zmieniły; społeczeństwo nie poprze niepotrzebnej przemocy. Ludzie nie są już bezrozumnym stadem owiec. Jej tok myślenia został zakłócony przez diakona.

– Kardynale, Szanowna Pani, otrzymaliśmy pilną informację.– rzekł pospiesznie, wręczając Caterinie listę nazwisk.

– Spis pasażerów Tristana? Dobra robota, Diakonie.

Serce Cateriny zamarło, podczas gdy wzrokiem przebiegała długą listę. Każdy z nich był czyimś bratem, siostrą, ojcem, matką lub dzieckiem. Wszystkim im groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.

Gdy jednak zauważyła jedno szczególne nazwisko, jej zachowanie uległo natychmiastowej zmianie.

– Diakonie? Jesteś pewien, że ta lista jest poprawna?– spytała ostrożnie.

– Tak, proszę Pani. To ścisła informacja.– powiedział– Została potwierdzona aż przez trzy niezależne źródła. Na pokładzie Tristana przebywa Crusnik. Wynaturzenie było akurat w drodze powrotnej do Watykanu, po zaaresztowaniu Ojca Scotta.

–Pilnuj swych słów, Diakonie. To ‘wynaturzenie’ jest jednym z moich najbardziej lojalnych agentów. Tak właściwie, zwołaj wszystkich członków AX. Którzy z nich są obecnie dostępni?

Diakon skłonił się.

– Wybacz mi, Kardynale Caterino. Gunslinger i Iron Maiden oczekują w gotowości. Mogą wejść w bezpośredni kontakt z Tristanem w ciągu czterech godzin.

– Tych dwoje może wesprzeć Crusnika i zabezpieczyć Tristana. Będzie krwawo…– przerwała, biorąc głęboki oddech.– Straty w ludziach są do przyjęcia, tak długo, jak utrzymają się poniżej pięćdziesięciu procent. Cokolwiek więcej zrujnuje nasze szanse na pokój z Albionem.

Caterina rozejrzała się po pomieszczeniu. Sala w dalszym ciągu wirowała od działania. Mieli tu do czynienia ze sprawą życia lub śmierci, ale gra szła o znacznie większą stawkę. Traktat z Albionem mógł oznaczać trwały pokój, koniec rozlewu krwi pomiędzy obydwoma narodami. Po cichu ważąc globalne konsekwencje działań Watykanu, spojrzała na swych braci.

Kardynał Medici wykrzykiwał rozkazy, wyglądając przy tym jak ledwo co kontrolujący się szaleniec. W między czasie, biedny Alec zdawał się być tym wszystkim zupełnie przytłoczony. Był jedynie chłopcem, nawet jeśli Pan uznał za stosowne mianować go Papieżem. A ona miała zamiar zrobić wszystko co w jej mocy, by wspomóc go w chwili jego próby. Posiadanie najbardziej zaufanego ze swych agentów na pokładzie Tristana było prawdziwym darem niebios.

Boży gołąb leciał do Rzymu.

–Laudare nomune Domini. Chwalmy Boga.– wyszeptała.



fioletowooka

More results for ""


This is cached version of livejournal post retrieved by LjSEEK on 2008-11-13 11:00:20 . Post may have changed since that time. Click here for actual post version. LjSEEK.COM is not affiliated with author of this post and is not responsible for its content.
These search terms have been highlighted:
Disable Highlighting
fioletowooka's Search:
Get your own code!
Copyright © 2005,2006 ljseek.com This service is not affiliated with LiveJournal.com
Design by Steorra.com